- Przepraszam, pani dyrektor, ale ma pani tylko 15 minut na rozmowę z pacjentką, musi wypoczywać.- oznajmiła pani Pomfrey, zwracając się w stronę McGonagall. Psorka przysunęła sobie najbliższe krzesło i usiadła na nim. Bałam się pytań jakie zamierza mi zadawać. Wbiłam wzrok w sufit, udając, że nie widzę dyrektorki. Ona odchrząknęła znacząco. Spuściłam wzrok.
- Czy ma mi pani coś do powiedzenia?- zapytała zerkając na nieprzytomną Gryfonkę z sąsiedniego łóżka. Nic nie powiedziałam, zachowałam milczenie, w nadziei, że profesorka odpuści . Niestety, nie dawała za wygraną i po chwili ponowiła pytanie. Chcąc nie chcąc musiałam w końcu odpowiedzieć.
- To.. był wypadek. Nie chciałam żeby tak się stało... Ćwiczyłyśmy tylko zaklęcia. - skłamałam.
- Do cholery, Radlynn, ćwiczyłyście zaklęcie uśmiercające?!- wybuchła dyrektorka, nie przekonana moimi wyjaśnieniami. Źrenice rozszerzyły mi się z przerażenia, głośno przełknęłam ślinę. Patrzyła wprost na mnie, bez śladu niepewności, z uwagą, lecz pytająco. Zamknęłam powieki , próbując odciąć się od otaczającego mnie świata, niestety na próżno.
- Dlaczego Raquel? - jej głos brzmiał zaskakująco czysto i donośnie, bez cienia złości, lecz z lekkim wyrzutem. Zadygotałam ze strachu, profesorka od razu to wyczuła. Wybuchłam niekontrolowanym płaczem, co zbiło nieco dyrektorkę z tropu. Łzy spływały mi obficie po policzkach.
- Nie chciałam naprawdę.... nic nie widziałam...to wypadek...- powiedziałam zachrypniętym głosem plącząc się w zeznaniach. Pani profesor westchnęła z rezygnacją i udała się w stronę przedsionka. Zostałam sama w pomieszczeniu. Otarłam łzy rękawem pidżamy. Moje dni w tej szkole były policzone.
***
Przez parę ostatnich dni wciąż leżałam w Skrzydle Szpitalnym. Parę razy próbował odwiedzać mnie Scorpius, jednak za każdym razem pani Pomfrey odsyłała go z kwitkiem. W sumie nie miałam ochoty się z nikim spotykać, czułam się źle z tą całą sytuacją. W szkole już zapewne huczało o całym zajściu, gdy wyjdę ze szpitala, wszyscy się ode mnie odwrócą. Raquel została przeniesiona do Szpitala św. Munga. Gdy zapytałam pielęgniarkę dlaczego, odpowiedziała że drasnęło ją tylko moje zaklęcie, lecz było na tyle silne, aby wprowadzić ją w stan śpiączki. Od tego czasu moje samopoczucie jeszcze bardziej się pogorszyło. W tej chwili nie miałam nikogo z kim mogłabym o tym na spokojnie porozmawiać. Pewnego dnia ktoś mnie jednak odwiedził. Był to mój dobry przyjaciel ,James Potter. Wkroczył do pomieszczenia, i bez chwili zastanowienia znów mnie pocałował, byłam zbyt oszołomiona by móc się opierać. Gdy tylko skończył, w jego orzechowych oczach zaszkliły się łzy. Czyli naprawdę mnie kocha..- przyznałam w myśli.
- Kiedy wychodzisz ze szpitala?- zapytał przysiadając w nogach łóżka.
- Za parę dni. - odpowiedziałam próbując się podnieść. On pomógł mi to uczynić, po czym zaczął bawić się kosmykiem moich czarnych włosów. Na usta cisnęło mi się pewne pytanie, jednak nie wiedziałam czy w tej sytuacji byłoby ono na miejscu. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- James, dlaczego akurat ja?.. - zapytałam, nie wiedząc czy zrozumie pytanie. Zrozumiał. Zmieszał się na chwile, po czym siląc się na odpowiedź puścił kosmyk moich włosów.
-Nie wiem...- odpowiedział szczerze. Po paru minutach przyjemnej ciszy, pani Pomfrey wygoniła go ze Skrzydła Szpitalnego i podała mi szklankę wody. Wypiłam ją do dna, po czym położyłam się spać.
***
Nadszedł ten nieunikniony dzień wypuszczenia mnie ze szpitala. Bałam się reakcji moich rówieśników. Opuściłam Skrzydło Szpitalne wczesnym rankiem, i czym prędzej udałam się do mojego dormitorium. Współlokatorki jeszcze sobie smacznie spały. Korzystając z okazji, przeszłam przez pokój wspólny, aby dostać się do jednego z dormitoriów chłopców. Otworzyłam lekko skrzypiące drzwi . Jak tylko najciszej potrafiłam, położyłam się koło Jamesa na łóżku i zasnęłam...
***
Spojrzałam na budzik stojący na jego szafce nocnej, była 9.30 rano. Obróciłam głowę w jego stronę, a on uśmiechał się do mnie promiennie. Ręką obejmował mnie w pasie. Spłonęłam rumieńcem nie wiedząc co zrobić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz